KALENDARZ

Zawód na czasy ery technologicznej

Ostatnio miałem przyjemność brać udział w wywiadzie dla Dziennika "POLSKA", przeprowadzonym prze Panią Paulinę Nowosielską.
Czy to prawda, że przyszłość jest przed inzynierami i informatykami, a póki co wysokiej klasy takich specjalistów mamy jak na lekarstwo?
 
W poprzednim systemie kładziono nacisk na studia techniczne, bo to w nich upatrywano szansy na zdobycie przewagi militarnej i przemysłowej.  Ale odkąd zyjemy w innej rzeczywistości w ramach swoistej odtrutki ludzie rzucili się na studia humanistyczne. Państwu długo taki trend odpowiadał, bo studia techniczne są o wiele droższe.
 

I tak doszlismy do sytuacji, kiedy zgodnie z przewidywaniami, w 2014 r. zabraknie 76 tys. inzynierów.
To prawda, a na pocieszenie można dodać, że z brakiem wykształconych umysłów technicznych boryka się cała Europa.
 
Marne pociesze.
 
Fakt. Tym bardziej, że np. w Szwecji już dziewięcioletnie dzieci zachęcane sa do tego, by w przyszłości zostały inżynierami. Służą temu odpowiednie programy. W formie zabawy zachęca sie dzieci do matematyki, fizyki.
U nas ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego chce zachęcać dotacjami i stypendiami osoby wybierające m.in. inżynierię biomedyczną, mechatronikę czy budownictwo.
Lepsze to niż nic. Ale nie rozumiem, dlaczego nie potrafimy korzystać z prostszych i tańszych rozwiązań.
 
Na przykład?
 
Kiedyś istniały kluby modelarskie, kółka matematyczne i przyrodnicze. Dzieci dostawały od rodziców zestawy małego technika czy chemika. Dzieki temau rodziła się w nich najprawdziwsza fascynacja światem nauki.
 
Sugeruje pan, że system stypendiów może nie być dostateczną zachętą?
 
Ponad tysiąc złotych miesięcznie za studiowanie na kierunku wskazanym przez rząd to niezły wabik. Ale skusić mogą się na niego również amatorzy studenckiego życia w nadziei, że państwo zasponsoruje im wesołe życie.  
 
Pomijając motywacje, czy inżynieria i biotechnologia to rzeczywiście przepustka to oszałamiającej kariery?
 

Rzeczywistość zmienia się błyskawicznie i trudno autorytarnie powiedzieć, że np. za 10 lat wszyscy inżynierowie będą podkupywani na pniu. Gdy sam kończyłem elektronikę, najbardziej obleganym kierunkiem na politechnice była informatyka, a najmniej - telekomunikacja. Dzisiaj to ci drudzy zarabieja często o wiele więcej.  Swoim studentom powtarzam, że nie ważne, jaki dokładnie kierunek studiów wybiorą. Ważne, by wyrobić w sobie sposób myślenia właściwy dla czasów społeczeństwa technologicznego.
 
 
Czyli kierunek nie jest tak ważny, jak sam wybór uczelni technicznej?
 

Za kilka lat 85 proc. obecnych studentów nie będzie pracowało w pierwszym wyuczonym zawodzie. Nasze czasy wymagają natomiast od nas znajomości komputera i jeszcze kilku innych urządzeń oraz choć szczątkowej wiedzy na temat elektroniki, oprogramowania czy energetyki.
 

Czym w takim razie powinniśmy sie kierowac przy wyborze studiów?
 

Od lat niezmiennie powtarzam, że pasją wynikająca z talentów i własnym zadowoleniem. Niestety, młodzi ludzie często popełniaja błąd i studiują albo dla papierka albo dla hipotetycznych pieniędzy, które może w przyszłości zarobią.
 

Skoro mowa o pieniądzach, jaki zawód będzie za kilka lat najlepiej opłacany?
 

Niestety, nie jest powiedziane, że ludzie o bardzo technicznych umysłach będą zarabiali relatywnie najwięcej. Lepiej mogą sobie radzić np. menadżerowie. Bo nie chodzi tylko o to, jaką wiedzę posiadamy. Ważne, co z nią potem zrobimy.
 

Gdyby jednak miał pan obstawiać pewniaka…
 

To z całą pewnością byłaby to nanotechnologia i genetyka. Czyli studia na pograniczu inżynierii, biologii i medycyny.
 

Tymczasem najbardziej obleganym kierunkiem studiów w latach 2007/2008 była pedagogika. Czy to oznacza, że ci studenci zginą marnie na rynku pracy?
 

Nie. A to dlatego, że nie spodziewam się, by obecny student pedagogiki poprzestał na jednych studiach. Widze to tak: jeśli ktoś wyniósł ze studiów metodologię uczenia innych ludzi, to teraz pora, by doszkolił sie pod kątem wybranej technologii. To przypomina nakładanie kolejnych "nakładek" na mózg.
 
Coś jak działanie komputera?
 
Nasz mózg, żeby nie zaśniedział, wymaga nieustannego formatowania. Szkoła średnia to rozgrzewka, a żeby nie wypaść później z rynku pracy trzeba nieustannie się szkolić. Rzeczywiście, jesteśmy jak komputery, którym trzeba uaktualniać oprogramowanie. Inaczej przejdą do lamusa.
 
Dwa fakultety to minimum?
 
Najważniejsze, żeby zerwać z postawą roszczeniowa odziedziczoną jeszcze z PRL. Wtedy modne było nastawienie, że skoro już skończyliśmy studia, to państwo powinno zająć się nami i zagospodarować nasz potencjał. Tymczasem to my jesteśmy architektami własnej kariery i powinniśmy dokładnie wiedzieć, czego chcemy.
Mam wrażenie, że to często jest nasz największy probleme.
Takie nastawienie najlepiej widać na przykładzie uczenianych biur karier. Świecą pustkami, na kilkutysięcznej uczelni góra 50 studentów korzysta rocznie z ich usług. Ciągle za dużo nadziei pokładamy w magię papierka i ładnych oczu.

Dziennik "Polska" 16/05/2008